Z wiarą... za krzyżem
Z wiarą... za krzyżem
 
Dziewięć lat wystarczy, aby spontaniczna inicjatywa pewnego małżeństwa przerodziła się w stały element przeżywania Wielkiego Postu dla niebagatelnej grupy kilkuset osób. W chłodny, sobotni poranek 21 marca 2015 roku na stromberskie ścieżki po raz dziewiąty wyruszyła parafialna Droga Krzyżowa w terenie.
 
Żyjemy w czasach licznych marszów i manifestacji. Słusznych, przeciw przemocy i niesprawiedliwości, i tych, które pod wzniosłymi hasłami przemycają głupotę i grzech. Udział w nich jest sprawą sumienia, prestiżu czy obowiązkiem. Na końcu czeka nagroda: satysfakcja, pochwała i dobre samopoczucie.
Z nadzieją... pod krzyżem
Z nadzieją... pod krzyżem
Droga Krzyżowa zupełnie nie wpisuje się w tę współczesną mapę marszów... nie tylko dlatego, że jedyny transparent, niesiony nad głowami, niezmienny od wieków, dla wielu jest głupstwem, zgorszeniem i porażką. Również dlatego, że uczestnicy nie mogą liczyć ani na miłą satysfakcję, ani koleżeńskie klepnięcie po ramieniu, ani letnią pochwałę.
Na Drodze Krzyżowej czeka nas przeszywające do bólu pytanie, zadane prosto w oczy: „po coś przyszedł?”. Czeka nas rumieniec wstydu, bo Ktoś przypomni nam, że każde, doprawdy każde osądzenie brata – jest pychą. I czeka nas utrata złudzeń, bo myśleliśmy, że jednak tym razem się uda, nikt nie widział, jak umyliśmy ręce, w tej samej wodzie, w której chwilę wcześniej oczyścił się Piłat. I to był błąd. Ktoś jednak nas zobaczył.
Czeka nas uwierająca prawda, o której napisał ks. Jan Twardowski, że „krzyż to szczęście”.
Z Miłości... zbawieni
Z Miłości... zbawieni
A my tak bardzo nie chcieliśmy krzyża... Czeka demaskacja, a tak bezpiecznie było myśleć, że nikt nie wie, iż w zaciszu swojego domu, przed telewizorem, z nosem w gazecie – jestem podglądaczem. Specjalizuję sie w grzechach celebrytów, o których oni sami tak hojnie mówią.
Atmosfera robi się coraz bardziej napięta. Bo czy to przypadkiem nie o mnie była mowa w rozważaniu o egoistycznej, zaborczej miłości? Albo o ludziach, którzy kochają świat, ludzkość, Kościół – bo tak naprawdę nie kochają nikogo? I jak bardzo głęboko zabolały słowa o dzikim pędzie za kolejnym celem, podczas którego potykamy sie o zesztywniałe członki Skazańca z Golgoty; a wreszcie o żebraku, który gromadzi śmieci, strzeże ich zazdrośnie, szaleje na punkcie tego, co uważa za dobytek, zamiast być siewcą, który rozdaje, bo wie, że kiedyś przyjdzie czas plonów, i jeśli teraz nie zasieje, wtedy zbierać nie będzie.
Nie, Droga Krzyżowa nie ma dobrej reklamy. Jest zaprzeczeniem ciepłej, lepkiej propagandy samozadowolenia czy wręcz samouwielbienia współczesnego człowieka. Właściwie twarde zasady marketingu pokazują, że już dawno powinny wszystkie Kalwarie zniknąć i ustąpić miejsca innym celom. A jest inaczej. Do Strombergu z roku na rok przybywa coraz więcej pątników. Innym formom przeżywania Drogi Krzyżowej też nie brakuje chętnych... Jak to możliwe?
Odpowiedź, paradoksalnie, jest w pytaniu. W uważnym spojrzeniu Chrystusowych oczu i Jego cichych słowach: „po coś przyszedł?”
Po miłość... Po krzyż... I jeszcze po to, aby i mnie nie zabrakło przy pustym grobie pojutrze. W wielkanocny poranek.
 
Karolina Paprocka